niedziela, 10 kwietnia 2016

Rozdział 5

Wstaliśmy wcześnie, przed wszystkimi. Zapakowaliśmy wszystko co będzie nam potrzebne, w tym trochę prowiantu. Po cichu wyszliśmy z zamku, wsiedliśmy na mojego konia i ruszyliśmy przed siebie. Było to naprawdę dość daleko, zrobiło się ciemno a my nadal nie byliśmy na miejscu. Zrobiliśmy postój w lesie, właściwie jechaliśmy tylko przez niego. Było tu dość strasznie, ciemno, mgła, dziwne odgłosu. Poczułem jak Tai przysuwa się do mnie łapiąc mnie za rękę i przytulając do ramienia.
- Nie możemy jechać dalej...? - spytała.
- Nie bój się, tylko chwilka. - zacisnąłem swoją dłoń na jej aby dodać jej otuchy.
Gdy usłyszeliśmy wycie wilków postanowiliśmy pojechać jednak dalej. Co chwilę zerkałem za siebie, jakoś bałem się że Tai nagle zniknie... że ktoś ją porwie. Położyłem swoją dłoń na jej dla pewności. Dojechaliśmy dopiero nad ranem, oboje byliśmy wyczerpani. W dodatku ten stres że nas znajdą, że zrobią coś Tai nie pomagał. Po rozmowie z Matteo zgodził się nas przyjąć, dał pokój i kazał odpocząć. Tak też zrobiliśmy. Wzięliśmy prysznic i położyliśmy się do łóżka. Przytuliła się do mnie mocno, zrobiłem to samo chowając nos w jej miękkich włosach.
- Maks... - zaczęła nagle, odsunąłem się od niej lekko aby móc na nią spojrzeć. - Jesteś na mnie zły że musiałeś przeze mnie odejść stamtąd? Jakby nie było, straciłeś wszystko co miałeś. - westchnęła lekko.
- Tai, skarbie. Mam nadal ciebie przy sobie, nic ci nie jest więc nic nie straciłem, mam wszystko a nawet i jeszcze więcej. - uśmiechnąłem się delikatnie.
- Kocham cię. - szepnęła.
- Ja ciebie też. - odpowiedziałem składając na jej ustach pocałunek.
Wróciliśmy do swoich poprzednich pozycji i zasnęliśmy. Obudził mnie dopiero krzyk dziewczyny i to, że nagle wyrwała się z moich objęć. Również usiadłem i położyłem dłoń na jej plecach, było ciemno, środek nocy. Mimo to widziałem że ma przekrwione od płaczu oczu.
- Co tam, zły sen? - spytałem wycierając jej jedną z łez.
- Tak.... - westchnęła opierając się o mnie.
Powoli ponownie się położyliśmy. Tai co chwilę otwierała oczy.
- Co jest? - spytałem odgarniając jej kosmyk włosów za ucho.
- Nie wiem... boję się że cię może nie być... - westchnęła.
- Będę, spokojnie. - uśmiechnąłem się lekko.
Tai zacisnęła dłoń na mojej koszulce dzięki czemu spokojnie zasnęła, gdy widziałem że śpi również zamknąłem oczy.

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Rozdział 4

Otworzyłem powoli oczy, koło mnie nie było Tai. Uspokoiłem się jednak widząc, że siedzi na łóżku widocznie nad czymś rozmyślając. Usiadłem i zbliżyłem się do niej.
- Nad czym tak myślisz? - spytałem, ta lekko podskoczyła.
- Zastanawiam się, czego mogą od nas chcieć, dlaczego akurat my...
- Chciałbym ci odpowiedzieć, ale naprawdę nie wiem. - westchnąłem.
Po kolei każde z nas się przebrało, następnie przyniosłem nam coś do jedzenia. Jak się okazało, znaleźli już zajęcia dla naszych 'gości' kobiety będą szyły, prały, sprzątały i pracowały w kuchni a mężczyźni na roli, niektórzy będą szkoleni na nową straż. Szliśmy powoli korytarzem spotkaliśmy tam Ascelma.
- Świetnie ją ukrywasz, brawo, brawo... ale całe życie tego nie będziesz robić. Nabyliśmy parę pięknych, młodych dziewczyn, między innymi twoją sunie. No i dla nich mam specjalne zadanie, będą do usług naszych ważniejszych mężczyzn, wiecie... seks, zabawy erotyczne i te sprawy...
- Słucham? - podniosłem lekko głos. - Chcesz z niej zrobić prostytutkę? - spytałem z wyrzutem.
- Oj Maks, ile ty masz lat? One się do niczego więcej nie nadają, a ciała mają niezłe. - zaśmiał się.
Nie wytrzymałem, pchnąłem go, po chwili okazało się to dużym błędem. Przycisnął mnie do ściany i przyłożył miecz do gardła. Spojrzał na mnie groźnie, a gdy mnie puścił dostałem w nos. Zjechałem powoli po ścianie w dół, trzymając się za miejsce z którego leciała krew.
- Maks... - powiedziała przestraszona kucając koło mnie. - Nic ci nie jest?
- Nie... przeżyję. - powoli wstaliśmy.
Wróciliśmy do mnie, Tai powoli i delikatnie przykładała wacik z wodą aby obmyć mi nos z krwi.
- Dlaczego to zrobiłeś?
- A chcesz to robić? Przecież jest chory...
- Nie chcę, ale co mam zrobić? - spuściła wzrok. - I tak już mi za bardzo pomogłeś, nie będę miała jak ci się odwdzięczyć...
- Przestań... - złapałem delikatnie jej nadgarstek. - Nie chcę żebyś się za nic odwdzięczała, okey? - spojrzałem na nią poważnie.
Nie odpowiedziała, ponownie spuściła wzrok. [...] Po kilku minutach Tai wyszła z łazienki w bardzo ale to bardzo niestosownym stroju. Wszystko jej było widać... powoli podeszła do drzwi, szybko wstałem i nim zdążyła wyjść zamknąłem je stając przed nią.
- Błagam cię... nie idź tam.
- Wiesz że jak tam nie pójdę, Ascelm będzie zły... nawet nie chcę myśleć co by wtedy zrobił. - spuściła wzrok.
- Tai, proszę cię. Nie dam mu ci nic zrobić. - złapałem ją za dłonie i przyłożyłem do swojego serca.
Podniosła lekko wzrok patrząc mi w oczy.
- Czemu? Naprawdę nie rozumiem. Dlaczego się tak na mnie uparłeś, nie mówię że to złe, ale dlaczego akurat ja? Bo wtedy dostałam? Dlatego nie chcesz żebym tam szła? Bo...
Przerwałem jej kładąc dłonie na jej policzkach i składając na jej ustach pocałunek. Dopiero po chwili się od siebie odsunęliśmy. Spojrzałem w jej oczy, dostrzegłem niewielkie iskierki.
- Nie chcę żebyś tam szła, bo nie chcę żeby osoba którą kocham dawała się tak poniżać.... - szepnąłem.
- Ja ciebie też kocham.... - powiedziała a jej głos zaczął drżeć. - W co ty się wpakowałeś, w co ja cię wpakowałam... - oparła głowę o mój tors.
- Przestań, kocha się bez względu na wszystko. Co by się nie działo, zawsze będę przy tobie. - po chwili ponownie się pocałowaliśmy, tym razem oddała pocałunek tym samym go przedłużając.
Powoli wziąłem ją na ręce i usiadłem na łóżku.
- W życiu bym ci nie pozwolił tam iść, żeby jakieś oblechy cię macali? Po moim trupie.
- Kochany jesteś. - przeczesała dłonią moje włosy. - Ale... co my dalej zrobimy?
Wzruszyłem lekko ramionami, spuściłem wzrok.
- Nie martw się... - przyłożyła swoją głowę do mojej obejmując moją szyję.
Po pewnym czasie poszła się przebrać, gdy przyszła miałem już pewien pomysł.
- Teraz się prześpimy, z samego rana pojedziemy do mojego dobrego przyjaciela, na pewno nam pomoże. Ma duży zamek... jest mi winien 'przysługę', kiedyś pomogłem mu w podobnej sytuacji.
- Dobrze... chyba nie pozostaje nam nic innego. - uniosła delikatnie lewy kącik ust co odwzajemniłem, pocałowałem ją krótko.
Położyliśmy się spać, musieliśmy być jutro wypoczęci skoro mamy jechać tak daleko.



niedziela, 3 kwietnia 2016

Rozdział 3

Zaczęło się ściemniać, prawie cały dzień przesiedziałem z Tai. Później musiałem oporządzić Doriana, znaczy nie musiałem ale prawie nikomu innemu nie daje się dotknąć. Zaczęli większość odwiązywać, nagle usłyszałem krzyki. Od razu szybkim krokiem ruszyłem w tamtą stronę. Arko i Aleksy powalili ją na ziemię, jeden zaczął ją rozbierać a drugi okładał po czym i czym się dało. Pierw z całej siły odepchnąłem Arko a później ściągnąłem z niej Aleksy'ego.
- Jeszcze raz jej dotknij... - warknąłem.
- Wrócę. - powiedział drugi.
Nim zdążyłem cokolwiek zrobić, odeszli. Podszedłem do dziewczyny, płakała. Zaczęła się podnosić, mimo że prosiłem żeby tego nie robiła. Resztkami sił oparła się o mnie i lekko zacisnęła dłoń na mojej. Przytuliłem ją, zaczęła płakać.
- Boli mocno? - spytałem z troską. Skinęła jedynie głową. - Spokojnie... będzie dobrze. - szepnąłem przytulając ją.
- Maks nie jedzie, Maks teraz nie wiem po co zajmuje się tą dziwką, suką. - usłyszałem nagle, zmarszczyłem brwi.
Był to oczywiście kto inny jak nie Ron, Anselm skinął zgodnie głową. Wszyscy wsiedli na konie i odjechali, zamek był więc praktycznie pusty.
- Chodź, musimy iść do lekarki. - stwierdziłem.
Powoli wziąłem ją na ręce i wolnym krokiem ruszyliśmy w stronę gabinetu pielęgniarki. Kazała mi położył ją na specjalne łóżko, bat czy coś. Tak też zrobiłem. Pielęgniarka poszła po coś do innego pokoju, a ja kucnąłem przy Lily i uspokajająco głaskałem ją po włosach. [...] Powoli wyszliśmy, na szczęście nic się nie stało ale ma uważać żeby ponownie nikt jej nie uderzył bo może być słabo. [...] Zrobiło się już późno, poszliśmy do mojego pokoju. Lily nieśmiało usiadła na krawędzi łóżka kierując swój bezradny wzrok na mnie, widziałem jak do jej oczu napływają łzy. Kucnąłem przy niej, kładąc dłonie na jej talii.
- Co się dzieje? - spytałem cicho.
- Boję się... - szepnęła łamiącym się głosem.
- Czego?
- Wszystkiego... wszyscy traktują mnie tu jak śmiecia... nie tylko mnie, boję się co mogą jeszcze zrobić...
- Hej, nie wszyscy, ja cię nie traktuję jak śmiecia... nie martw się, nie pozwolę im cię już skrzywdzić. - szepnąłem.
Po jej policzku spłynęła łza którą otarłem, zamknęła oczy i przytuliła się do mnie, odwzajemniłem uścisk. Siedzieliśmy tak długo, może nawet i bardzo. [...] Po chwili wróciłem do pokoju z kilkoma ubraniami dla dziewczyny, w tym z piżamą.
- Skąd to wziąłeś? - spytała.
- Jest taka dziewczyna, co szyje sobie takie ubrania. Ma tego masę więc nie było problemu. - uśmiechnąłem się lekko co odwzajemniła.
Lily poszła do łazienki, była ona przydzielona mi (Każdy do swojego pokoju miał łazienkę) więc nie musiałem się o nic obawiać. Ja w tym czasie poprawiłem łóżko, przyniosłem nam po butelce z wodą i kanapki, w końcu nic dziś nie jedliśmy... akurat gdy wszedłem do pokoju, dziewczyna wychodziła z łazienki.
- Mam nadzieję że jesteś głodna. - uśmiechnąłem się kładąc talerzyk z kanapkami na łóżku.
Usiedliśmy naprzeciw siebie i zaczęliśmy jeść.
- Jak tam brzuch? - spytałem.
- W porządku, dzięki. - uśmiechnęła się lekko.
Poszedłem odnieść talerzyk do kuchni po czym wróciłem do dziewczyny.
- Więc tak... prześpię się na podłodze, a ty na łóżku. - zaproponowałem.
- Nie, Maks... nie pozwolę żebyś spał na podłodze.
- Ja tobie też nie. - oparłem się o ścianę.
- Łóżko jest duże... więc możemy razem... - zaproponowała nieśmiało.
Skinąłem lekko głową po czym położyłem się obok niej wcześniej gasząc światło.
- Maks... - zaczęła nagle.
- Tak? - otworzyłem oczy.
- Nie będziesz miał przeze mnie problemów? - westchnęła cicho.
Zbliżyłem się lekko do niej i przytuliłem, wtuliła się we mnie.
- Nie martw się o mnie, nic mi nie będzie. - stwierdziłem całując ją w policzek.
Po kilku chwilach zasnęliśmy.

środa, 30 marca 2016

Rozdział 2

Znaleźliśmy się przed dziedzińcem zamku.
- Mężczyzn bierzemy na przetrzymanie, zamknąć ich do stodoły. Kobiety... nie mam teraz do nich głowy, przywiązać do słupów... później coś z nimi zrobię. - złapał się za głowę i wszedł do zamku.
Wszyscy zaczęli wykonywać jego polecenie, a ja zacząłem się zastanawiać. Zszedłem z grzbietu Doriana i pomogłem też zejść Taidze.
- Chodź. - szepnąłem łapiąc ją lekko za rękę gdyż widziałem że była poobcierana a nie chciałem jej sprawiać bólu...
Oddałem Doriana stajennym po czym zaprowadziłem ją do zamku, ta stanęła nagle.
- Przecież miałeś mnie przywiązać... tam... - zaczęła nieśmiało.
Machnąłem lekko ręką, po wejściu po kręconych, murowanych schodach dotarliśmy do mojego pokoju. Posadziłem ją na łóżku, wziąłem butelkę wody, bandaże i wodę utlenioną. Podałem jej butelkę wody, uśmiechnęła się delikatnie.
- Jak tam brzuch? - spytałem.
- Już tak mocno nie boli... głowa też. - odpowiedziała.
- To dobrze. - uśmiechnąłem się. - Ale jakby coś się działo, mów. - dodałem.
Obmyłem jej rany i zabandażowałem nadgarstek aby w ranę nie weszło żadne zakażenie. Schowałem wszystko do szafeczki.
- Maks... - usłyszałem nagle, spojrzałem na nią. - Dziękuję... jesteś... inny. - spuściła głowę.
- Nie masz za co. - uśmiechnąłem się lekko.
Nagle rozległo się gorączkowe pukanie do drzwi a po chwili z dużym rozmachem weszło dwóch strażników.
- Czemu ona jest tu, a nie przy słupie? - spytał ze złością.
Złapał ją mocno za ramie i przyciągnął do siebie, z jej oczu poleciały łzy za co dostała w twarz. Szybko odepchnąłem go od niej.
- Sam ją zaprowadzę.
- Pięć minut! - fuknął.
Wyszli. Kucnąłem przy dziewczynie po czym położyłem dłoń na jej plecach.
- Przepraszam... - westchnąłem.
- Nie twoja wina. - pociągnęła nosem.
- Boli mocno?
- Piecze. - zająknęła się.
Po chwili zeszliśmy na dół, znaleźliśmy wolny słup, obwiązałem jej lekko ręce i przywiązałem do słupa po czym sam usiadłem koło niej.
- Był tam ktoś z twojej rodziny? - spytałem.
- Zginęli jak byłam mała. - spuściła na chwilę wzrok. - Rodzeństwa też nie miałam. Kiedyś mieszkaliśmy w zamku ale z powodu biedy wywalili nas... czego właściwie od nas chce...
- Sam nie wiem... brakuje mu ludzi do roli, ale nie wiem... - westchnąłem.

Rozdział 1

Z samego rana zebraliśmy się na dziedzińcu. Przygotowywaliśmy konie do drugi, krótka nie była... siedziałem z Dorianem z tyłu, z dala od innych jak zwykle. Czesałem mu grzywę głaszcząc po szyi uspokajająco. Ten zamknął oczy i kołysał się lekko, uwielbiał to jak i drapanie za uchem. Spokój przerwał jednak donośny głos króla, mojego ojca. Nigdy nie pozwałam mi tak na siebie mówić, w przeciwieństwie do Rona. Od zawsze był na pierwszym miejscu... przywykłem.
- Gotowi - to był bardziej rozkaz niż pytanie, jak zwykle.
Wszyscy spojrzeli na siebie po czym zgodnie skinęli głowami. Wsiedliśmy na konie i ruszyliśmy za Anselmem i Ronaldem. Jechaliśmy kilka godzin, nikt odezwać się nie mógł bo zaraz dostałby opieprz. Stanęliśmy na wysokim szczycie z którego idealnie było widać jakąś wioskę.
- Zjeżdżamy, broń w gotowości. Zabijamy tych, którzy będę się rzucać. Ustawiamy wszystkich w dwa albo trzy szeregi. - powiedział szorstkim i pewnym siebie głosem.
Nie mieliśmy tu nic do gadania, po prostu musieliśmy to zrobić. Jeden za drugim zjechaliśmy z góry, dużo ludzi zaczęło krzyczeć i uciekać, musieliśmy odciąć im wszystkie drogi i jakoś ogarnąć.
- Do szeregu to nikt łba nie straci! - krzyknął Anselm. - Jeszcze. - dodał uśmiechając się do syna.
Pokręciłem lekko głową tak, aby nie zauważył. Starałem się na spokojnie wszystkich ustawić. W przeciwieństwie do niektórych nie używałem przemocy, wulgaryzmów. Z grubsza wszystkich ustawiliśmy.
- Silni mężczyźni tu, kobiety młode tu, stare tu, dzieci tu. - zaczął wszystkich rozdzielać.
Wszyscy byli strasznie przestraszeni, najchętniej by uciekli lecz to by nic dobrego nie przyniosło. Wybrał tych, co najbardziej mu się przydadzą, resztę posadził w kółku. W pewnym momencie jeden z naszych dosłownie wytargał za włosy dwie kobiety, jedna była młoda i drobna, druga nieco starsza.
- Ooo, nie ładnie tak się przede mną chować. - uśmiechnął się podchodząc do nich.
Starszą kobietę zmierzył wzrokiem, chodziła ona o kulach, miała rękę w bandażu. Zrobił krok w stronę młodszej, złapał za włosy i zaczął się o nią 'ocierać' z jej oczu lały się łzy a dłonie widocznie drżały. Westchnąłem głęboko ale i cicho zarazem, spojrzał na mnie po czym odsunął się lekko od niej, szybko odwrócił tyłem i przystawił nóż do gardła.
- Patrzcie tylko, jaka śliczna, młodziutka, przestraszona... taka bezbronna. I co my z nią zrobimy? Ni to odważna, ni to specjalnie gorąca. Ale trzeba ruchać co się ma, bierze ją kto chce. Resztę zepchnąć z klifu. - pchnął dziewczynę z całej siły na ziemię a ta uderzyła głową w kamień, została kopnięta w brzuch. Zwijała się z bólu płacząc.
Żałowałem że wcześniej nie zareagowałem, właściwie to nigdy nie żałowałem że mnie nie wychował. Nie chciałbym być taką bestiom jak on, bez serca. Większość poszła rozprawić się z resztą a pozostali przygotowywali pozostałych do drugi, między innymi zakuwali w kajdanki żeby nikt nie raczył uciec. Podszedłem do dziewczyny próbującej podnieść się z ziemi, kucnąłem koło niej i pomogłem jej powoli usiąść, klęknąłem.
- Nic ci nie jest? - spytałem. Dziewczyna złapała się za brzuch i zgięła. - Rozumiem... a głowa? Boli? - spytałem sprawdzając czy nie leci jej krew, miała drobne rozcięcie łuku brwiowego, ale tragedii nie było. Bardziej bałem się o jej brzuch, lekko nie dostała...
- Tylko trochę. - odpowiedziała drżącym, łamiącym się głosem. Sam nie wiedziałem czy się mnie bała czy nie. Ponownie zwinęła się z bólu.
- Poczekamy... - usiadłem na ziemi. - Oddychaj spokojnie, nie nabieraj mocno powietrza bo będzie jeszcze gorzej. - trochę o tym wiedziałem, nie raz dostałem... dziewczyna posłuchała mojej rady, widziałem że nawet takie oddychanie sprawia jej ból. - Jestem Maks, a ty? - spytałem po chwili.
- Taiga. - odpowiedziała cicho zerkając na mnie, uśmiechnąłem się delikatnie.
- Lepiej? - spytałem, skinęła głową. - Możesz wstać?
- Chyba tak... - szepnęła niepewnie.
Podniosłem się z ziemi i pomogłem jej powoli wstać.
- Ocho, szybko się podniosła. Najwyraźniej za słabo dostała, nie martw się, poprawię. - powiedział Ron uderzając ją z bara, a jako że nie było to lekko prawie upadła.
- Ron, znajdź sobie inną ofiarę. - zmarszczyłem brwi.
Ten się jedynie zaśmiał po czym odszedł. Podprowadziłem Taigę do Doriana, pomogłem jej na niego wsiąść, przymknęła lekko oczy z bólu, wsiadłem przed nią, objęła mnie lekko i niepewnie w pasie. Po pewnym czasie ruszyliśmy przed siebie, jechaliśmy niemal zupełnie z tyłu. W pewnym momencie usłyszałem cichy, powstrzymywany szloch. Gdy spojrzałem na nią ukradkiem, spuściła głowę.
- Nie płacz. - szepnąłem uspokajająco. - Będzie dobrze. - dodałem, maiłem taką nadzieję...