Znaleźliśmy się przed dziedzińcem zamku.
- Mężczyzn bierzemy na przetrzymanie, zamknąć ich do stodoły. Kobiety... nie mam teraz do nich głowy, przywiązać do słupów... później coś z nimi zrobię. - złapał się za głowę i wszedł do zamku.
Wszyscy zaczęli wykonywać jego polecenie, a ja zacząłem się zastanawiać. Zszedłem z grzbietu Doriana i pomogłem też zejść Taidze.
- Chodź. - szepnąłem łapiąc ją lekko za rękę gdyż widziałem że była poobcierana a nie chciałem jej sprawiać bólu...
Oddałem Doriana stajennym po czym zaprowadziłem ją do zamku, ta stanęła nagle.
- Przecież miałeś mnie przywiązać... tam... - zaczęła nieśmiało.
Machnąłem lekko ręką, po wejściu po kręconych, murowanych schodach dotarliśmy do mojego pokoju. Posadziłem ją na łóżku, wziąłem butelkę wody, bandaże i wodę utlenioną. Podałem jej butelkę wody, uśmiechnęła się delikatnie.
- Jak tam brzuch? - spytałem.
- Już tak mocno nie boli... głowa też. - odpowiedziała.
- To dobrze. - uśmiechnąłem się. - Ale jakby coś się działo, mów. - dodałem.
Obmyłem jej rany i zabandażowałem nadgarstek aby w ranę nie weszło żadne zakażenie. Schowałem wszystko do szafeczki.
- Maks... - usłyszałem nagle, spojrzałem na nią. - Dziękuję... jesteś... inny. - spuściła głowę.
- Nie masz za co. - uśmiechnąłem się lekko.
Nagle rozległo się gorączkowe pukanie do drzwi a po chwili z dużym rozmachem weszło dwóch strażników.
- Czemu ona jest tu, a nie przy słupie? - spytał ze złością.
Złapał ją mocno za ramie i przyciągnął do siebie, z jej oczu poleciały łzy za co dostała w twarz. Szybko odepchnąłem go od niej.
- Sam ją zaprowadzę.
- Pięć minut! - fuknął.
Wyszli. Kucnąłem przy dziewczynie po czym położyłem dłoń na jej plecach.
- Przepraszam... - westchnąłem.
- Nie twoja wina. - pociągnęła nosem.
- Boli mocno?
- Piecze. - zająknęła się.
Po chwili zeszliśmy na dół, znaleźliśmy wolny słup, obwiązałem jej lekko ręce i przywiązałem do słupa po czym sam usiadłem koło niej.
- Był tam ktoś z twojej rodziny? - spytałem.
- Zginęli jak byłam mała. - spuściła na chwilę wzrok. - Rodzeństwa też nie miałam. Kiedyś mieszkaliśmy w zamku ale z powodu biedy wywalili nas... czego właściwie od nas chce...
- Sam nie wiem... brakuje mu ludzi do roli, ale nie wiem... - westchnąłem.
środa, 30 marca 2016
Rozdział 1
Z samego rana zebraliśmy się na dziedzińcu. Przygotowywaliśmy konie do drugi, krótka nie była... siedziałem z Dorianem z tyłu, z dala od innych jak zwykle. Czesałem mu grzywę głaszcząc po szyi uspokajająco. Ten zamknął oczy i kołysał się lekko, uwielbiał to jak i drapanie za uchem. Spokój przerwał jednak donośny głos króla, mojego ojca. Nigdy nie pozwałam mi tak na siebie mówić, w przeciwieństwie do Rona. Od zawsze był na pierwszym miejscu... przywykłem.
- Gotowi - to był bardziej rozkaz niż pytanie, jak zwykle.
Wszyscy spojrzeli na siebie po czym zgodnie skinęli głowami. Wsiedliśmy na konie i ruszyliśmy za Anselmem i Ronaldem. Jechaliśmy kilka godzin, nikt odezwać się nie mógł bo zaraz dostałby opieprz. Stanęliśmy na wysokim szczycie z którego idealnie było widać jakąś wioskę.
- Zjeżdżamy, broń w gotowości. Zabijamy tych, którzy będę się rzucać. Ustawiamy wszystkich w dwa albo trzy szeregi. - powiedział szorstkim i pewnym siebie głosem.
Nie mieliśmy tu nic do gadania, po prostu musieliśmy to zrobić. Jeden za drugim zjechaliśmy z góry, dużo ludzi zaczęło krzyczeć i uciekać, musieliśmy odciąć im wszystkie drogi i jakoś ogarnąć.
- Do szeregu to nikt łba nie straci! - krzyknął Anselm. - Jeszcze. - dodał uśmiechając się do syna.
Pokręciłem lekko głową tak, aby nie zauważył. Starałem się na spokojnie wszystkich ustawić. W przeciwieństwie do niektórych nie używałem przemocy, wulgaryzmów. Z grubsza wszystkich ustawiliśmy.
- Silni mężczyźni tu, kobiety młode tu, stare tu, dzieci tu. - zaczął wszystkich rozdzielać.
Wszyscy byli strasznie przestraszeni, najchętniej by uciekli lecz to by nic dobrego nie przyniosło. Wybrał tych, co najbardziej mu się przydadzą, resztę posadził w kółku. W pewnym momencie jeden z naszych dosłownie wytargał za włosy dwie kobiety, jedna była młoda i drobna, druga nieco starsza.
- Ooo, nie ładnie tak się przede mną chować. - uśmiechnął się podchodząc do nich.
Starszą kobietę zmierzył wzrokiem, chodziła ona o kulach, miała rękę w bandażu. Zrobił krok w stronę młodszej, złapał za włosy i zaczął się o nią 'ocierać' z jej oczu lały się łzy a dłonie widocznie drżały. Westchnąłem głęboko ale i cicho zarazem, spojrzał na mnie po czym odsunął się lekko od niej, szybko odwrócił tyłem i przystawił nóż do gardła.
- Patrzcie tylko, jaka śliczna, młodziutka, przestraszona... taka bezbronna. I co my z nią zrobimy? Ni to odważna, ni to specjalnie gorąca. Ale trzeba ruchać co się ma, bierze ją kto chce. Resztę zepchnąć z klifu. - pchnął dziewczynę z całej siły na ziemię a ta uderzyła głową w kamień, została kopnięta w brzuch. Zwijała się z bólu płacząc.
Żałowałem że wcześniej nie zareagowałem, właściwie to nigdy nie żałowałem że mnie nie wychował. Nie chciałbym być taką bestiom jak on, bez serca. Większość poszła rozprawić się z resztą a pozostali przygotowywali pozostałych do drugi, między innymi zakuwali w kajdanki żeby nikt nie raczył uciec. Podszedłem do dziewczyny próbującej podnieść się z ziemi, kucnąłem koło niej i pomogłem jej powoli usiąść, klęknąłem.
- Nic ci nie jest? - spytałem. Dziewczyna złapała się za brzuch i zgięła. - Rozumiem... a głowa? Boli? - spytałem sprawdzając czy nie leci jej krew, miała drobne rozcięcie łuku brwiowego, ale tragedii nie było. Bardziej bałem się o jej brzuch, lekko nie dostała...
- Tylko trochę. - odpowiedziała drżącym, łamiącym się głosem. Sam nie wiedziałem czy się mnie bała czy nie. Ponownie zwinęła się z bólu.
- Poczekamy... - usiadłem na ziemi. - Oddychaj spokojnie, nie nabieraj mocno powietrza bo będzie jeszcze gorzej. - trochę o tym wiedziałem, nie raz dostałem... dziewczyna posłuchała mojej rady, widziałem że nawet takie oddychanie sprawia jej ból. - Jestem Maks, a ty? - spytałem po chwili.
- Taiga. - odpowiedziała cicho zerkając na mnie, uśmiechnąłem się delikatnie.
- Lepiej? - spytałem, skinęła głową. - Możesz wstać?
- Chyba tak... - szepnęła niepewnie.
Podniosłem się z ziemi i pomogłem jej powoli wstać.
- Ocho, szybko się podniosła. Najwyraźniej za słabo dostała, nie martw się, poprawię. - powiedział Ron uderzając ją z bara, a jako że nie było to lekko prawie upadła.
- Ron, znajdź sobie inną ofiarę. - zmarszczyłem brwi.
Ten się jedynie zaśmiał po czym odszedł. Podprowadziłem Taigę do Doriana, pomogłem jej na niego wsiąść, przymknęła lekko oczy z bólu, wsiadłem przed nią, objęła mnie lekko i niepewnie w pasie. Po pewnym czasie ruszyliśmy przed siebie, jechaliśmy niemal zupełnie z tyłu. W pewnym momencie usłyszałem cichy, powstrzymywany szloch. Gdy spojrzałem na nią ukradkiem, spuściła głowę.
- Nie płacz. - szepnąłem uspokajająco. - Będzie dobrze. - dodałem, maiłem taką nadzieję...
- Gotowi - to był bardziej rozkaz niż pytanie, jak zwykle.
Wszyscy spojrzeli na siebie po czym zgodnie skinęli głowami. Wsiedliśmy na konie i ruszyliśmy za Anselmem i Ronaldem. Jechaliśmy kilka godzin, nikt odezwać się nie mógł bo zaraz dostałby opieprz. Stanęliśmy na wysokim szczycie z którego idealnie było widać jakąś wioskę.
- Zjeżdżamy, broń w gotowości. Zabijamy tych, którzy będę się rzucać. Ustawiamy wszystkich w dwa albo trzy szeregi. - powiedział szorstkim i pewnym siebie głosem.
Nie mieliśmy tu nic do gadania, po prostu musieliśmy to zrobić. Jeden za drugim zjechaliśmy z góry, dużo ludzi zaczęło krzyczeć i uciekać, musieliśmy odciąć im wszystkie drogi i jakoś ogarnąć.
- Do szeregu to nikt łba nie straci! - krzyknął Anselm. - Jeszcze. - dodał uśmiechając się do syna.
Pokręciłem lekko głową tak, aby nie zauważył. Starałem się na spokojnie wszystkich ustawić. W przeciwieństwie do niektórych nie używałem przemocy, wulgaryzmów. Z grubsza wszystkich ustawiliśmy.
- Silni mężczyźni tu, kobiety młode tu, stare tu, dzieci tu. - zaczął wszystkich rozdzielać.
Wszyscy byli strasznie przestraszeni, najchętniej by uciekli lecz to by nic dobrego nie przyniosło. Wybrał tych, co najbardziej mu się przydadzą, resztę posadził w kółku. W pewnym momencie jeden z naszych dosłownie wytargał za włosy dwie kobiety, jedna była młoda i drobna, druga nieco starsza.
- Ooo, nie ładnie tak się przede mną chować. - uśmiechnął się podchodząc do nich.
Starszą kobietę zmierzył wzrokiem, chodziła ona o kulach, miała rękę w bandażu. Zrobił krok w stronę młodszej, złapał za włosy i zaczął się o nią 'ocierać' z jej oczu lały się łzy a dłonie widocznie drżały. Westchnąłem głęboko ale i cicho zarazem, spojrzał na mnie po czym odsunął się lekko od niej, szybko odwrócił tyłem i przystawił nóż do gardła.
- Patrzcie tylko, jaka śliczna, młodziutka, przestraszona... taka bezbronna. I co my z nią zrobimy? Ni to odważna, ni to specjalnie gorąca. Ale trzeba ruchać co się ma, bierze ją kto chce. Resztę zepchnąć z klifu. - pchnął dziewczynę z całej siły na ziemię a ta uderzyła głową w kamień, została kopnięta w brzuch. Zwijała się z bólu płacząc.
Żałowałem że wcześniej nie zareagowałem, właściwie to nigdy nie żałowałem że mnie nie wychował. Nie chciałbym być taką bestiom jak on, bez serca. Większość poszła rozprawić się z resztą a pozostali przygotowywali pozostałych do drugi, między innymi zakuwali w kajdanki żeby nikt nie raczył uciec. Podszedłem do dziewczyny próbującej podnieść się z ziemi, kucnąłem koło niej i pomogłem jej powoli usiąść, klęknąłem.
- Nic ci nie jest? - spytałem. Dziewczyna złapała się za brzuch i zgięła. - Rozumiem... a głowa? Boli? - spytałem sprawdzając czy nie leci jej krew, miała drobne rozcięcie łuku brwiowego, ale tragedii nie było. Bardziej bałem się o jej brzuch, lekko nie dostała...
- Tylko trochę. - odpowiedziała drżącym, łamiącym się głosem. Sam nie wiedziałem czy się mnie bała czy nie. Ponownie zwinęła się z bólu.
- Poczekamy... - usiadłem na ziemi. - Oddychaj spokojnie, nie nabieraj mocno powietrza bo będzie jeszcze gorzej. - trochę o tym wiedziałem, nie raz dostałem... dziewczyna posłuchała mojej rady, widziałem że nawet takie oddychanie sprawia jej ból. - Jestem Maks, a ty? - spytałem po chwili.
- Taiga. - odpowiedziała cicho zerkając na mnie, uśmiechnąłem się delikatnie.
- Lepiej? - spytałem, skinęła głową. - Możesz wstać?
- Chyba tak... - szepnęła niepewnie.
Podniosłem się z ziemi i pomogłem jej powoli wstać.
- Ocho, szybko się podniosła. Najwyraźniej za słabo dostała, nie martw się, poprawię. - powiedział Ron uderzając ją z bara, a jako że nie było to lekko prawie upadła.
- Ron, znajdź sobie inną ofiarę. - zmarszczyłem brwi.
Ten się jedynie zaśmiał po czym odszedł. Podprowadziłem Taigę do Doriana, pomogłem jej na niego wsiąść, przymknęła lekko oczy z bólu, wsiadłem przed nią, objęła mnie lekko i niepewnie w pasie. Po pewnym czasie ruszyliśmy przed siebie, jechaliśmy niemal zupełnie z tyłu. W pewnym momencie usłyszałem cichy, powstrzymywany szloch. Gdy spojrzałem na nią ukradkiem, spuściła głowę.
- Nie płacz. - szepnąłem uspokajająco. - Będzie dobrze. - dodałem, maiłem taką nadzieję...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)